Wyszukiwarka
W poszukiwaniu guza. Jazda przez życie bez trzymanki
Cena regularna:
towar niedostępny
dodaj do przechowalni
Opis
Od autora:
Oddaję czytelnikom moją piętnastą książkę.
Składa się ona z sześciu opowieści z mojego życia.
Ta książka jest nieco inna niż większość poprzednich, bo nie dotyczy bezpośrednio polityki. Oczywiście całkiem polityki w moim życiu wyeliminować się nie da, bo przecież nie żyłem w politycznej próżni, a więc parę razy polityka wlazła w moje życie brutalnie, z butami. Jednak tym razem koncentruję się głównie na osobistych przeżyciach, a nie na historii.
Sporą część książki zajmuje tematyka górska, co nie powinno dziwić, bo 50 lat z moich dziejów związane było bardzo mocno z alpinizmem. Nie jest to jednak książka o alpinizmie, bo choć sporo jest tu opisów technicznych, to nie o nie tu chodzi.
Pierwsza opowieść, „Sześć razy na minutę”, opowiada o przeżyciach uczestników akcji ratunkowych, które nie są romantyczną przygodą. To naprawdę krew, pot i łzy. A na końcu niekoniecznie ordery. Chcę przełamać pewien schemat, w którym ratownicy są zawsze szlachetni, ofiary zawsze same sobie winne, a publika klaszcze. Owszem, czasem tak jest, ale czasem bywa też tak, że nie wszyscy chcą pomóc, że niektórzy ludzie i różne siły chcą coś dla siebie ugrać, a ratujących spotyka hejt.
Fragment rozdziału "Ciężkie boje w Dolinie Ciężkiej"
...
Osłupiałem. Nasza cholernie trudna droga 400 metrowa przewieszona scianą, prowadzaca w dużej części terenem mocno przewieszonym, z trudną hakówką, której na prawdę nie każdy by podołał, to „warianty” do znacznie krótszej i nie porównanie łatwiejszej drogi prawym filarem. To fakt, łączy się z prawym filarem, ale na ostatnich 50–60 metrach od wierzchołka. Na dodatek te „nieistotne warianty” na Czołówce Miegusza, to nie mniej, ni wiecej, tylko „Czarne Zacięcie”, także moja droga, którą do dziś może przejść nie każdy i nie zaraz. W 1982 roku, Ryszard Malczyk i Zbigniew Czyżewski (absolutne gwiazdy) wycenili jej trudności na pierwsze w Tatrach VIII (osiem!). Jednym słowem, cholernie trudne drogi sa „wariantami” do dróg dużo, dużo, łatwiejszych. To tak, jakby w Warszawie nazwać Marszałkowską „nieistotną przecznicą” do ul. Wilczej albo Wislę nazwać dopływem Dunajca.
[ja wyceniłem naszą drogę na VI A3-, Janek na V+ A2, ale on zawsze miał skłonność do zaniżania trudności. Wysokość ściany jako jedyny zmierzył z użyciem GPS Włodzimierz Cywiński na 395 m, pozostałe oceny są „na oko”]
Nie wiem, co się „Baronowi” stało, bo przecież był człowiekiem rozsądnym i taternikiem doświadczonym, ale chyba miał jakąś przerwę w myśleniu. Zresztą później przez wiele lat sie przyjaźniliśmy.
Napisałem list do redaktora „Taternika”, Józefa Nyki, który był dla mnie autorytetem. No i zaczęło być śmiesznie.
„Baron” umówił się ze mną na rozmowę. Gdy do niego przyjechałem, na kanapie, oprócz „Barona”, siedział nieznany mi facet, taki bardzo duży mięśniak atleta. Rozśmieszyło mnie to.
Nie wiem, dlaczego wielu ludzi myśli, że jak ktoś trenuje sporty walki, to będzie ich bił. Ja oczywiście miałem już umiejętności (10 lat treningu i czarny pas), by nawet największego mięśniaka w ciągu kilku sekund pozbawić przytomności, ale nigdy nie byłem agresywny. Nigdy w dyskusjach czy sporach, nie używałem argumentu sily. Przez całe życie nikogo nie zaatakowałem, nikogo pierwszy nie uderzyłem (poza ringiem oczywiscie). Przez całe życie, poza ringiem i treningiem, użyłem pieści trzy razy: uderzyłem napastnika, który wcześniej uderzył mnie w twarz kastetem; uderzyłem gościa, który grożąc nożem chciał mi ukraść samochód i uderzyłem oraz rzuciłem na tai otoshi nożownika, który dźgnął (niecelnie) mojego kolegę nożem w szyję. Każdego z tych panów przekazałem policji (dwóch pierwszych po ocuceniu).
Drugi raz miałem podobną sytuację, gdy znajoma dziewczyna, z którą miałem rozliczenia finansowe, przyszła też z takim mięśniakiem, a ja oddałem jej kasę, którą byłem jej winien, zaś mięśniaka poczęstowałem kawą. Bez mięśniaka też bym jej oddał, a gości traktuję grzecznie. Z mięśniakiem „Barona” też się przywitałem i podałem mu rekę.
Pokazałem „Baronowi” schemat drogi i zdjęcia, a także zdjęcie sciany z wrysowaną drogą. Pokazałem mu też mapę Tatr z poziomicami, z której wprawdzie nie można bylo dokładnie określic wysokości ściany, ale na pewno można było stwierdzić, że ma ponad 300 metrów, a nie 150, jak on twierdził. Zaprosiłem go także na letnią wycieczkę pod Czołówkę, by zobaczył, co to jest „Czarne Zacięcie”.
Rozstaliśmy się w zgodzie, a w kolejnym numerze taternika ukazało się sprostowanie jego autorstwa. To jest najlepszy przykład, że łatwiej spór rozstrzygnąć kulturalnie, a nie awanturujac się.
Po naszym przejściu czułem pewien niedosyt, że w ostatniej części uciekliśmy w prawo, zamiast pociągnąć dalej w góre. Niestety w 1974 roku ostro pokłóciłem się z Jankiem, do tego stopnia, że dalsza współpraca stała się niemożliwa. To osobny temat, więc go teraz pominę, ale jeśli chciałem drogę dokończyć, to juz musiałem to zrobić z kim innym.
...
Opowieść „Krystyna w czerwonym płaszczyku” jest o wydarzeniach marca 68, ale opisanych inaczej, niż to zrobiłem w książce „Życie pod wiatr”. Sporo jest tak samo, bo dotyczy tych samych wydarzeń, ale tym razem opis jest bardziej osobisty. To los dziewiętnastolatka, który traci przez politykę swoją pierwszą w życiu miłość i od razu zderza się ze światem brutalnym, skutkującym śmiercią najbliższej osoby.
Nie chcę tu streszczać książki, ale wspomnę jeszcze o opowieści „Jedzie się” opisującej szalony czas wielkich przemian politycznych i społecznych początku lat 90–tych dwudziestego wieku. Lat, które mój nieżyjący już przyjaciel Anatol Lawina określił jako „taniec wariatów na ruchomych piaskach”. Rzeczywiście, szoferowanie ciężarówkami w fatalnym stanie technicznym po drogach w jeszcze gorszym stanie technicznym, z niewydolną i skorumpowaną policją, ale za to z bardzo skutecznym bandytyzmem drogowym, to było naprawdę coś!
Całe moje życie uzasadnia tytuł:
„W poszukiwaniu guza”.
Rzeczywiście, jakimś sposobem nie mogłem spokojne chodzić na ósmą do pracy, jeść obiadu z rodziną, a w niedzielę chodzić z żoną do kina, tylko zawsze pakowałem się w kłopoty. Ale przynajmniej mam co wspominać.
Od wydawcy:
Oddajemy Ci czytelniku, książkę absolutnie wyjątkową.
To opowieść o człowieku, który pomimo ryzyka zawsze dążył do swoich celów z pasją i determinacją. Krzysztof Łoziński to przykład osoby, której życie jest nieustanną podróżą bez trzymanki, często przyciągającą kłopoty, ale też pełną satysfakcji z osiąganych celów.
Jeśli szukasz inspiracji i chcesz poznać historię człowieka, który nie bał się stanąć twarzą w twarz z trudnościami, sięgnij po tę książkę i zanurz się w niezwykłych opowieściach Krzysztofa Łozińskiego. Jego życie to dowód na to, że warto walczyć o swoje marzenia, niezależnie od przeciwności losu.
Jest nam niezmiernie miło i czujemy się zaszczyceni, że możemy się przyczynić do opowiedzenia tej wspaniałej historii, która nota bene toczy się dalej i jesteśmy pewni, że jej dalsza część znajdzie swoje miejsce w kolejnym wydaniu.
Krzysztofie, dziękujemy za zaufanie i czekamy na więcej,
a Tobie drogi czytelniku życzymy dobrej lektury.
LIBRETTO - Wydawnictwo edukacyjne.
Warszawa 2024
Pliki do pobrania:
Dane techniczne
| Wydawnictwo | Wydawnictwo Libretto |
| Lokalizacja | Warszawa 2024 |
| Wydanie | Wyd. I |
| Autorzy | Paweł Wimmer |
| Okładka | miękka |
| Kolor | nie |
| Format | B5 (175 x 250) |
| Ilość stron | 178 |
| Waga | 360 g |
| Status | w druku |


Wyświetlane są wszystkie opinie (pozytywne i negatywne). Nie weryfikujemy, czy pochodzą one od klientów, którzy kupili dany produkt.